[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Był to bowiem urodzony odkrywca, gotów zawsze ryzykowaćnawet własnym życiem, byle tylko nie stracić okazji do zobaczenia czegoś nowego, czego niktprzed nim jeszcze nie widział.Natura popychała go do uczestniczenia w ciągle nowychprzygodach i to stałe nienasycenie przygodą było jednym z głównych rysów charakteru Arfa.Czasami podejrzewałem nawet, że oszukuje w trakcie losowania, nigdy jednak na żadnymkrętactwie nie mogłem go przyłapać.- Losujemy - zgodziliśmy się z Aną, czując, że mimo wszystko będzie to najwłaściwszewyjście z sytuacji.Arf pobiegł szybko na drugi pokład, skąd wrócił za chwilę niosąc trzy niewielkie kulki:niebieską, brązową i białą. - Na kogo wypadnie biała, ten zostaje - powiedział, chociaż i tak wszyscy znaliśmydoskonale regulamin losowania.Kulki wrzuciliśmy do metalowego cylindra, który Ana przyniosła z laboratorium.Cylinderpostawiliśmy na czerwonym blacie stojaka pod jedną ze ścian kabiny.Na tej wysokości blatuwykluczone było zaglądanie do środka cylindra i świadome wybieranie kulek; wspiąwszy się napalce ledwo dałem radę wyciągnąć jedną z nich - brązową.Potem losowała Ana - na widokbiałej kulki w jej dłoni Arfowi rozbłysły oczy.- Lecimy! - wrzasnął do mnie przerazliwie.- Lecimy razem na Ziemię! Ana rzuciła w niegokulką, ale zdołał uchylić się zręcznie przed białym pociskiem, mogącym nabić mu na głowiesporego guza.- Zabieramy skafandry? - spytałem.- Oczywiście.Nigdy nic nie wiadomo.Zdecydowaliśmy się na lądowanie w miejscu, gdzieniegdyś istniał nasz Ośrodek.W rekordowym tempie przebraliśmy się w skafandry i zajęliśmymiejsca w rakiecie.Arf zasiadł przy sterach, sprawdził urządzenia.Na szczęście wszystkodziałało bez zarzutu.- Jesteśmy gotowi do startu - zakomunikował.- Powodzenia - w słuchawkach usłyszeliśmy głos Any.- Sprawdzcie, czytam naprawdęnikogo nie ma.To jest najważniejsze.- Za to wcale nie najłatwiejsze - mruknął Arf.W tej samej chwili nasza rakieta zwiadowczawystrzeliła nagle z boku kosmolotu i pomknęła ku Ziemi. UCIECZKAJakub nagle wstał.- Mam ochotę na kawę, a pan?- Owszem.Zaraz przyjdę - rzekł i wyszedł z pokoju.Podszedłem do hotelowego okna.Dniało.Zwiat,jak co dzień, budził się ze snu.Ileż to już razy? Przeleciały mi przez myśl różne mojeprzebudzenia.Ale dawne, przywołane teraz obrazy nie pokrywały się z tym, co widziałem przedsobą.Czułem się stary i zmęczony.Dość już miałem tego wszystkiego.No, nareszcie skończysię ta maskarada - pomyślałem z ulgą.Terkotanie budzika za ścianą przywołało mnie do rzeczywistości.Zgasiłem światłoi rozsunąłem zasłony.Blask wstającego dnia napełnił pokój jasnym światłem.Rzuciłemukradkowe spojrzenie w kierunku lustra.No tak, Jakub mógł się już wszystkiego domyślić: mojewłosy w nocy odrastały w zdwojonym tempie, tak więc teraz wyraznie już było widać żółteodrosty.Jakuba wciąż nie było.Może uciekł? - Teraz, kiedy byliśmy obaj tak bardzo  wewnątrz tejsprawy, nie mógł chyba tego zrobić.Zresztą było mi już w owej chwili wszystko jedno.Chociaż,prawdę mówiąc, wolałbym to nareszcie zakończyć Trzasnęły drzwi.Jakub stał trzymając w rękutackę z dwiema czarnymi jak smoła kawami ( jak je zdobył o tej porze? - pomyślałem).Byłbardzo blady.Udałem, że nie zauważyłem jego zabłoconych butów.- Proszę, oto kawa panie.Lotman.Usiedliśmy.Jakub szybko zasłonił okno i włączył nocnąlampkę.Zrozumieliśmy się bez słów.Tak po prostu było łatwiej nam obu.- Panie Lotman, muszę chyba panu coś powiedzieć - Jakub starał się nie patrzeć w mojąstronę.- Nie - moja odpowiedz była stanowcza - nie teraz.Niech pan najpierw dokończy swojąopowieść.Potem będzie czas na wszystko.Jakub milczał.Wiedziałem, że wiele musi go kosztować odłożenie tej rozmowy na pózniej.Pochylił nisko głowę i pełnym rezygnacji głosem rzekł:- A więc dobrze.Dokończę najpierw opowieść.Zamknięty w mojej małej kawalerce na cztery spusty, z wypiekami na twarzy i mocnobijącym sercem, doszedłem właśnie do momentu, gdy tajemniczy narrator ze swoimwspółtowarzyszem lotu - Arfem, leciał rakietą zwiadowczą na Ziemię, kiedy nagle usłyszałemciche pukanie do drzwi mieszkania.Była trzecia nad ranem.Maria? - Przecież jest teraz o pięćtysięcy kilometrów stąd.Zresztą ta historia była już dawno zakończona.A nikt inny nieprzyszedłby o tak dziwnej porze.Więc może jednak Maria. Pukanie powtórzyło się.Ktoś, kto pukał, był pewien, że jestem w domu.Paliło się przecieżświatło.Chciałem podejść do drzwi, ale nawet nie ruszyłem się z miejsca.Dopiero po chwili cichowyszedłem do przedpokoju.Nasłuchiwałem.Instynktownie wyczułem, że po drugiej stroniedrzwi ktoś nasłuchiwał równie czujnie jak ja.Przez moment wydało mi się, że słyszę bicieczyjegoś serca.Nienaturalna cisza przedłużała się.Ja nie otwierałem, a ten ktoś nie nalegał.Potem usłyszałem - a może wydawało mi się, że słyszę - lekki odgłos oddalających się krokówi po jakiejś minucie cichutkie skrzypienie drewnianych schodów.Nie troszcząc się jużo zachowanie ciszy rzuciłem się w kierunku okna, gasząc po drodze światło; Na ulicy jednak niebyło nikogo.Długo jeszcze wpatrywałem się w nią nie tracąc wiary, że ktoś, kto wyszedł z domuo jednym wyjściu, w końcu ukaże się moim oczom.Nic z tego [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • elanor-witch.opx.pl
  •