[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Od wielu dni czuł się ciężki i przybity, ale nie z powodu świątecznego indyka i sosu.W kwestiidiety nie mógł sobie nic zarzucić, jeszcze nigdy nie przestrzegał jej tak pilnie.Ciążyła mu dusza, i towłaśnie w chwili, gdy życie kościelne obfitowało w wydarzenia, a przygotowania do Adwentu zwia-stowały nadchodzące w szalonym tempie święta Bożego Narodzenia,Nie martwiło go jednak to rosnące tempo codziennego życia, ale własne kazania.W ciąguostatnich tygodni stały się bezbarwne i monotonne.Jakby jałowe.Czuł się tak, jakby Duch Święty za-brał swoje dłonie i stał obok, bacznie się mu przyglądając.Kiedy otwierał drzwi do nawy, westchnął i pomyślał, że musi w jakiś sposób zwalczyć ten na-wyk.Wzdychanie zawsze robi fatalne wrażenie, a już na pewno w wykonaniu pastora.Być może po-L Rwinien przerzucić ten ciężar na barki Emmy, mówiąc: „Emmo, jak na pewno zauważyłaś, mam przy-kry nawyk, który polega na tym, że często wzdycham.Od tej pory mów mi zawsze, kiedy to robię, a jaza każdym razem będę wkładał jednego dolara do kasetki na datki dziękczynne".Jednego dolara!, pomyślał.Sama surowość kary powinna rozwiązać problem.Przed modlitwą jednak chciał jeszcze wykonać jedną czynność.Już dawno wprowadził takizwyczaj, że zawsze, gdy przychodził do kościoła w sobotę, robił coś pożytecznego.Dzisiaj zamierzał poświęcić trochę spóźnionej uwagi kolumbarium.Było to małe pomieszczenieznajdujące się w prowadzącym do świetlicy parafialnej korytarzu, w którym stało sześć wypełnionychpopiołami urn.Namacał palcami leżący u góry na futrynie klucz, otworzył drzwi i włączył światło.Nie jest to raczej imponujące miejsce spoczynku, pomyślał.Sam pragnął być pochowany wtradycyjny sposób.Chciał, aby na jego grobie rosły kwiaty, a nad głową śpiewały ptaki.Przesunął modlitewniki z tysiąc dziewięćset dwudziestego ósmego roku, które ktoś ułożył wrównym stosiku na półce obok urn, i napełnił częściowo kosz na śmieci szklanymi popielniczkami,których używali w świetlicy parafialnej przed wprowadzeniem błogosławionego zakazu palenia.Wy-przedaż!Wrzucił do kosza dwa bukiety plastikowych poinsecji, żeby przypadkiem ktoś ich nie znalazł inie próbował ponownie przyozdobić nimi kościoła, a potem dorzucił jeszcze stertę tak bardzo znisz-czonych śpiewników, że brakowało im okładek.Makulatura!Usatysfakcjonowany rezultatem dwudziestu minut pracy, poszedł do kuchni po szmatki dościerania kurzu i po powrocie zaczął wycierać szczątki Parkinsona Hamricka.— Odszedł do wiecznej chwały! — powiedział z uśmiechem, wspominając życzliwego męż-czyznę, który śpiewał jak anioł.Spopielone resztki Parkinsona zagrzechotały głucho, gdy odstawiał urnę na miejsce.Chociażsam nigdy nie zaglądał do żadnego z tych posępnych naczyń, ojciec Roland powiedział mu, że w po-piele znajdują się kawałki zwęglonych kości, które dają taki odgłos.— Lydia Newton — wymamrotał na głos, podnosząc jej urnę.Owdowiała Lydia Newton przyjechała do Mitford razem ze swoją teściową, również wdową.Żyły tutaj szczęśliwie przez wiele lat.„Gdzie ty umrzesz — powiedziała Rut do Noemi w biblijnejopowieści — tam ja umrę i tam będę pogrzebana.Niech mi Pan to uczyni i tamto dorzuci, jeśli coś in-nego niż śmierć oddzieli mnie od ciebie".Był to jeden z najcudowniejszych fragmentów Pisma Świę-tego, mylnie wykorzystywany podczas protestanckich ślubów.Małe ponure pomieszczenie jakby ożywało.A on już teraz czuł się lepiej.Podniósł kolejną urnę.O ile z poprzednich dobywał się głuchy grzechot, o tyle szczątki Parrisha Guthriego grzechotały ina-L Rczej.Jeszcze raz ujął w dłonie wykonaną z brązu urnę i wstrząsnął nią.Dziwne.Brzmi zupełnie inaczej niż pozostałe.Grzechot wydawał mu się dźwięczniejszy, jakbyw środku znajdowało się coś małego i twardego, jak kamyki.Zaciekawiło go to.Ostatecznie nigdy przedtem nie zaglądał do wnętrza urny.Spojrzał na słaboświecącą żarówkę i postanowił przenieść naczynie do kuchni, w pobliże dużego okna nad zlewo-zmywakiem.Ściągnął z przymocowanego obok zlewu wieszaka ścierkę do naczyń i spróbował odkręcić po-krywę urny.Ani drgnęła.Stwierdził, że przydałby się jeden z tych otwieraczy do słoików.Urna za-grzechotała dźwięcznie.Muszelki, pomyślał, przypominając sobie spędzone w dzieciństwie nad brze-giem zatoki dni.Dźwięk przypominał grzechot małych muszelek wrzuconych do słoika.Nagle pokrywa urny ustąpiła i pozwoliła się odkręcić, jakby była naoliwiona.Obrócił urnę tak, aby jej wnętrze oświetlało światło, i zajrzał do środka.Coś zabłyszczało.— Mam nadzieję, że to nie złoty ząb poczciwca! — powiedział na głos.Rozłożył ścierkę na ladzie, następnie położył urnę na boku i wstrząsnął nią delikatnie.Coś ma-łego, zawiniętego w kawałek materiału, ukazało się jego oczom i wypadło na zewnątrz.Gdy rozwiązałsznurek, z zawiniątka niczym ziarna grochu wysypały się błyszczące szlifowane kamienie.— Wielki Boże! — zaczął, ale głos uwiązł mu w gardle.Promienie zimowego słońca tańczyły na kamieniach.Niektóre z nich, o kształcie maluteńkichkul, rzucały czarujące purpurowe światło.Inne, w kształcie łezki, zdawały się płonąć zielonym żywymogniem.Jeszcze inne były tak niebieskie jak odległe góry.Stał przy zlewozmywaku, nie zdając sobie sprawy, że wstrzymuje oddech [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • elanor-witch.opx.pl
  •