[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Takie przynajmniej pojęcia i zwyczajeistnieją wśród yerba-terów.Chciano pana zamordować, totak samo, jakby usiłowano zamordować mnie, mam więcprawo ukarać za to złoczyńcę.- Gdybym istotnie padł ofiarą, wówczas miałby pan prawopomsz-czenia mnie, ponieważ jednak żyję i nic mi siędotychczas nie stało, śmiem prosić, abyście wypuścili tegotypka na wolność!- Widać, że pan ze starego kraju.Czy u was, senior,mordercy otrzymują ordery lub legie honorowe? Senior,jeżeli puścimy zło-czyńcę, to on uczyni wszystko, aby siępomścić na panu za to, że musię teraz nie udało!- Niech spróbuje! Znane mi są jego zamiary i dlategowłaśnie nie obawiam się go.Zresztą możecie mu odmierzyćna grzbiecie kilka kijów, aby wyznał, kto nakłonił go dozamachu na mnie.- Dobrze, senior; postaramy się wydobyć z niego tę wiadomość.Ile mu wyliczyć?- Tyle, ile trzeba będzie do uzyskania zeznania.Wyszedłem z domu, by nie być świadkiem egzekucji.Gdypo dzie-sięciu minutach wróciłem, opryszek leżał na ziemina środku izby, pokrwawiony, a mimo to, powitał mnieszyderczym uśmiechem.Nie przyznał się do niczego, apodczas chłosty nie krzyczał nawet.- Co robić, senior? - zagadnął mnie Monteso.- Niewydobyliś-my z niego nic, a gdyby ponowić próbę, wyzionieducha.55- Dosyć mu będzie.Zostawcie go; wiemy i bez tego, kto byłzle-ceniodawcą.- A może zgasić światło i zaczaić się, by pochwycićmieszkańców tej chaty?- Nie zależy mi na nich.- A niechże pana z taką łagodnością! - zaśmiał się Monteso.- Ale, skoro już pan tak chce, chodźmy.Wyszliśmy, zamknąwszy dom, a klucz od drzwi rzucił któryśw tra-wę.Skierowaliśmy się w stronę miasta.Przezdrog^yerbaterzy milcze-li, snadź niezbyt zadowoleni z miękkości, z jakąpotraktowałem całątę sprawę.Dopiero, gdyśmy się znaleźli w mieście, zapytałmnie Monteso:- Pójdzie pan do swego hotelu, czy też może zechce zaszczycić nasłaskawie i wypić razem z nami szklankę wina? Bylibyśmybardzo zobowiązani.Przyjąłem tę propozycję, gdyż nie mogłem jej odmówićludziom, którzy ocalili mi życie.Poszedłem więc z nimi wjedną z bocznych ulic i niebawem zatrzymaliśmy się przednędznym domem, w którym się mieścił zwykły, brudnyszynk.Przez otwarte drzwi wydobywał się z wnętrza gęstytytoniowy dym oraz gwar rozbawionych gości.Jużżałowałem w myśli swego kroku i chciałem się cofnąć, aleMonteso minął szynk i wprowadziwszy nas w podwórzedomu, zapukał do drzwi kuchennych.Otwarła je jakaśkobieta.- Czy otwarte na górze? - zapytał Monteso.- Otwarte.Jest tam tylko paru gości.Usługuje moja siostra.- Wejdziemy więc i proszę się postarać o to, by namniczego nie brakło.Brzmiało to z taką wyniosłością, jakby yerbatero był oddzieciń-stwa przyzwyczajony do wydawania rozkazów.Niewiasta ukłoniła się znowu jak przed wielkim panem iwesz-liśmy po schodach na górę.W przedpokoju spostrzegliśmy kilkakapeluszy i lasek.Monteso56odchylił pluszową kotarę i weszliśmy do eleganckourządzonego sa-loniku.Lustra, żyrandole, dywany, plusze.jednym słowem - nie-zwykła dla mnie niespodzianka.Namarmurowych stolikach stały butelki z winem rozmaitegogatunku.Dość powiedzieć, że salonik przypominał lokaletego rodzaju w pierwszorzędnych hotelach euro-pejskich.Powitała nas bardzo uprzejmie, wyszedłszy zza bufetu,młoda dziewczyna.Jacyś czterej eleganccy panowie,siedzący przy najbliż-szym stoliku, skłonili nam głowamiprzyjaźnie, a jeden z nich podał rękę naszemuprzewodnikowi.W takich to „szynkach” bywali yerbaterzy\ Wszyscy byliubrani jednakowo, jak Monteso, a więc prawie włachmanach i na bosaka! Brody, wąsy i fryzury mieli wzupełnym zaniedbaniu, jakby nie myli się i nie czesali odmiesięcy.Dziwiło mnie to wszystko, ale nie dałem tego poznać posobie.Monteso zaprosił nas do jednego ze stołów w samym kąciesaloni-ku i podszedł do bufetu zamówić, co potrzeba.Zarazteż dziewczyna zabrała z naszego stołu butelki, przykryłago świeżym obrusem i ustawiła nową baterię.Na butelkachze zdziwieniem zauważyłem etykiety: „Chateau Yquem”,„Latour blanche” i „Haut Brion”.Je-żeli to były winaprawdziwe, oryginalne, to ceny ich nie odpowiadały zpewnością kieszeni bosych gości.Monteso usiadł naprzeciw mnie, skłonił głową uprzejmie irzekł:- Nie spuszczałem dziś pana z oka przez całe popołudnie iwiem, że nie spożywał pan jeszcze wieczerzy.U Tupidabawił pan krótko, z czego wnioskuję, że nie korzystał pan uniego z przyjęcia.Dlatego proszę, by pan był naszymgościem i zjadł razem z nami kolację.Oczywiście możemy służyć tylko tym, na co stać biednych yerbaterów.- Widać to - zaśmiałem się, wskazując butelki z winami.-Je-żeli i potrawy, które spożywacie, odpowiadają temunapojowi, to chciałbym sam zostać.yerbaterem.57- Bo też istotnie nie jest tak źle z nami, jakby ktoś sądził zpozorów.Mam nadzieję, że pozna pan bliżej nasze życie iże niejeden raz zejdziemy się przy takim stole.Odkorkował kilka butelek, napełnił szklanki i trącił się z nami„za pomyślność nowo zawartej znajomości”.Po chwili zaśwydobył z zanadrza grubo wypchany portfel, a wyjąwszyzeń banknoty, rzekł:- Pozwoli pan łaskawie, że mu oddam zaciągnięty dziś dług.Wprawdzie zobowiązałem się zwrócić go dopiero poupływie roku, ale ponieważ, pożyczając od pana pieniądze,bynajmniej ich nie po-trzebowałem i tylko pozwoliłem sobiena żart, który mi pan zechce wybaczyć, więc, rozumie się,mogę pominąć umówione warunki.Nie jestem bowiemwcale tak ubogi, jak się panu wydałem.Gdyby jednak nie tomylne o mnie mniemanie, nie byłbym doświadczył pańskiejuprzejmości i nie bylibyśmy się ze sobą zaprzyjaźnili.Słuchałem wyznania tego z ukrywanym zdziwieniem.Zestawienie zwłaszcza niektórych faktów nie mogło mi siępomieścić w głowie.Zapytałem mimowolnie:- Ależ, senior, jeżeli nie jesteś w potrzebie i posiadaszstanowisko tak niezależne, to dlaczego zachowywałeś sięwobec tego pyszałka Tupida z przesadną uległością? Czy szło panu istotnie o tę kwotę, której żądał od pana?- Ech nie, senior! Chciałem go tylko podejść.Jesteśmyludźmi uczciwymi i nigdy nie oszukujemy tego, ktowzględem nas postępuje szczerze.Gdy płacą nam zarobotę uczciwie, my też uczciwie wywią-zujemy się zeswego zadania.Ów Tupido wszakże jest oszustem jakichmało, więc odpłacamy się mu pięknym za nadobne, przykażdej spo-sobności naciągając go, ile się da.Próbkaherbaty, którą mu dostar-czyliśmy, była znakomita, alereszta towaru to najzwyklejsza.trawa.Dostaliśmy się wnocy do jego składów i zamieniliśmy wszystkie bele [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • elanor-witch.opx.pl