[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Spod okładki wyleciała tylko ta jedna ostrzegawcza kartka.Dalej był tekst pierwotny bezdodatków, po czym dzieło otworzyło się bliżej środka.W środku widniała ogromna, głęboka dziura, wycięta w częściowo sklejonych kartkachjakimś ostrym narzędziem, niezbyt równo i trochę niedbale.W dziurze znajdowały się kawałki papieru rozmaitych gatunków, poskładane w kostkę.Spojrzałyśmy na siebie.- Jak to nie była kolebka diamentu przez całe lata, to ja jestem arcybiskup Canterbury,ewentualnie chiński cesarz - orzekłam stanowczo.- Obawiam się, że widzimy elementyzastępcze.- Mikroślady by wykazały - odparła smętnie Krystyna.- U siebie bym stwierdziła w pięćminut, ale tu nie będę się wygłupiać.Mogę być królowa Saba, tobie do towarzystwa.44 - Aadne mi towarzystwo, arcybiskup Canterbury i królowa Saba.- Nie zaczynaj być drobiazgowa.Oglądamy!Jako pierwszy rozłożyłyśmy fragment listu nieznanej jednostki, bardzo stary i pełenwyrzutów.Jednostka, naszym zdaniem kobieta, co przyszło jakoś samo, czepiała siębrata, który przehandlował panią de Blivet, zyskując w zamian diament.Pani de Blivetbyła nam już znana.Kartkę z notatką pra-pra i tak dalej Klementyny miałam przy sobie.- Potwierdzenie prawa własności! - powiedziałam z triumfem.- Proszę! Jest!- W rzetelność prababci nie wątpiłam ani przez chwilę - wytknęła Kryśka kąśliwie.- To jużdrugie potwierdzenie.Pierwszym jest korespondencja, twoim zdaniem rzucana w twarz.Pamięć to ona miała, nie mogłam zaprzeczyć, nie zamierzałam jej komplementować,poza tym moja pamięć też trzymała się niezle.Kiwnęłam tylko głową i sięgnęłam po coś,co wyglądało na papier gazetowy.Rozłożyłam to, notatka wycięta z prasy.- Obowiązkowość wynagrodzona - stwierdziłam ze wzruszeniem.- Patrz, nareszcie tabiblioteka na dobre nam wyszła, nie musimy już chyba grzebać w zabytkowejmakulaturze? Wzmianka z prasy.- Trzy wzmianki - poprawiła zachwycona Krystyna, wydłubując z dziury jeszcze dwapodobne kawałki.- Co tam mamy? O rany, tajemnicza śmierć w domu ofiary katastrofy.- Dwie kobiety zginęły otrute - przeczytałam prawie równocześnie.- W dwa dni potragicznym wypadku panny Mariette Gourville.O, niech ja pierzem porosnę.!- %7łyczę ci tego z całego serca.Czekaj, czy nie czytamy od końca? Mamy Mariette, tu jestchyba początek.Jasne, ktoś napisał daty, ślepe komendy!Rozłożyłyśmy wycinki gazetowe chronologicznie.Pierwszy wstrząsnął nami bardziej niżdwa pozostałe.Opiewał okropną katastrofę, panna Marietta Gouralle, uczyniwszy ruchwysoce nieostrożny, wpadła pod koła rozpędzonej karety ambasadora hiszpańskiego izginęła na miejscu w ramionach wicehrabiego Ludwika de Noirmont, który był świadkiemstrasznego wypadku.Dzięki czemu tożsamość ofiary nie budziła wątpliwości, wicehrabiabowiem znał ją od dzieciństwa i zaofiarował się powiadomić jej rodzinę.Panna Gourallemieszkała przy rue de l'Oratoire numer dwa i żyła ze środków własnych.Sekretarzambasadora hiszpańskiego, pan de M.ez, który jechał ową karetą, zapewne rozważysprawę zmiany posady.- No i zazębiła się Marietta z Noirmontami - zauważyłam z satysfakcją.- Co prawdapośmiertnie.- Głupia jesteś! - zirytowała się Krystyna.- Jakie pośmiertnie, czytać nie umiesz? Znał jąod dzieciństwa! Nie łapałby w ramiona obcej dziewczyny z niższej sfery!- I myślisz, że jeszcze za życia obrabował ją z diamentu? A do łapania popchnęły gowyrzuty sumienia?- Jakieś zaćmienie umysłowe na ciebie spadło, czytaj dalej, kretynko, jeszcze malutkiakapicik.Tragiczne wydarzenie miało miejsce na rue de Richelieu, akurat naprzeciwkomagazynu jubilerskiego, z którego wicehrabia de Noirmont właśnie wychodził.Nic ci tonie mówi?Stłumiłam ducha przekory, który wyłaził ze mnie niepotrzebnie i w niewłaściwej chwili.Jubiler, Marietta i nasz przodek, jako czwarty element musiał występować diament, októrym nie było ani słowa.Zgodziłam się na dedukcję, że w tym to akurat momencie45 klejnot musiał przejść do rąk prawego właściciela.- A może nawet chwilę wcześniej - uzupełniłam.- Nie grzebał przecież dziewczynie pokieszeniach pod kołami karety! Podejrzewam, że wizytował jubilera z klejnotem w dłoni.Pytanie, czy któreś z nich wiedziało, do kogo ten diament należy, bo jeśli tak.- Co jeśli tak? - zniecierpliwiła się Krystyna, uczyniłam bowiem przerwę nauporządkowanie wyobrażeń.- Znał ją już dawno - zaczęłam powoli i nabrałam rozpędu.- A może właśnie sam jąwysłał do Anglii, do Blackhillów, żeby zbadała sytuację i ewentualnie rąbnęła potajemniejego własność, o ile ona tam jest.Marietta spełniła zadanie, ale pojawiła się komplikacja,bo nie mieli w planach czynów tak radykalnych, jak ta, jak jej tam.pani Davis.Krystynie spodobała się moja wizja.- Owszem, to brzmi niezle.Czytać przecież umiał.- Pisać również - przypomniałam sobie nagle.- Zaraz, czekaj, to jest przecież tenLudwik, który pisał do teścia, domagając się szczegółów afery! To by znaczyło.-.że dokładnie o niej nie wiedział, ale w ogóle wiedział.Pytanie, od kiedy.Przeczytałkorespondencję tutejszą, zgniewało go, że diament przodka, już ganc pomada, tatusia,dziadka czy pradziadka, został w Indiach, chciał go odzyskać.- A wyjątkowo zupełnie posiadał go legalnie, dziadek nie musiał wymordować personelucałej świątyni, żeby uzyskać łup.- Legalnie owszem, ale rzecz w tym, że go właśnie nie posiadał.O pułkowniku Blackhillumógł się dowiedzieć, szczególnie że w Anglii wybuchła afera.- Zamknij się i zaczekaj chwilę - przerwałam jej bardzo stanowczo.- Nie snujmy hipotezbezpodstawnych.Trzeba porównać daty, mam zapisane, nie uczyłam się ich na pamięć,przyniosę notes.Boże, ile ja się nalatam po tym zamku, nie mógłby on być trochęmniejszy.?Zanim wróciłam, Krystyna zdążyła odpracować duży kawałek lektury z podejrzanejksięgi.- Ty, to w ogóle kryminał - powiadomiła mnie, zanim dopadłam stołu.- Musimy toprzemyśleć naprawdę porządnie i chyba należy pilnować chronologii.Co ci wychodzi zdat?Notatnik zaczęłam przeglądać po drodze i omal dzięki temu nie zleciałam ze schodów.Za to mogłam od razu odpowiedzieć na jej pytanie.- Jak afera wybuchła, to Marietta już blisko dwa lata pracowała u prababci Arabelli.Czylizaczęła wcześniej, czyli pradziadek Ludwik trafił tu na korespondencję przodków,wywiedział się jakoś, kto tam pilnował skarbu, to nie mogło być zbyt trudne, w końcu nietak dawno przed nim kotłowali się w tych Indiach Francuzi z Anglikami, wysłał zatemdziewczynę do właściwego człowieka.- Zawarli spółkę - ożywiła się Krystyna.- Dobrze zgadłaś, on już miał ten diament, kiedywychodził od jubilera, a ona na niego czekała.Oddała zdobycz uczciwie, bo nic by jej zniej nie przyszło, gdyby próbowała zachachmęcić, oskarżyłby ją o kradzież i cześć.Alepilnowała, żeby jej jaśnie pan nie wykantował, a może i gorzej.- Co gorzej?- A popatrz tutaj.Podetknęła mi pod nos dwa następne wycinki prasowe.Z jednego dowiedziałam się, że46 w domu numer dwa przy rue de l Oratoire zmarła nagle gospodyni, właścicielkanieruchomości, i niezwykły jest fakt, iż dwa dni wcześniej jej lokatorka straciła życie wkatastrofie ulicznej.Jakieś nieszczęście zawisło nad tym domem.Następna informacja była dłuższa i miała już ton sensacyjny [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • elanor-witch.opx.pl
  •