[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Pomyślałem, utknąłem niezręczniewpół zdania, dotykając kieszeni spodni, pomyślałem, że mógłbym przekonać panią o mojejskrusze i dlatego chciałbym podarować pani to.Sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem z niejbłękitną wstążkę, którą tego dnia kupiłem w Stettin.Wyciągnąłem dłoń ze wstążką przedsiebie.Dziewczyna milczała, przypatrując mi się w jakimś szczególnym zmieszaniu, którezresztą podzielałem.W końcu po nieskończenie długiej chwili postawiła misę na ziemi i wzięławstążkę czystą dłonią.Dziękuję panu, Otto.Po raz pierwszy użyła mojego imienia, głos jejzadrżał i uśmiechnęła się do mnie.Nie gniewam się na pana, dodała i mocniejszy rumienieczabarwił jej policzki, nie mogłabym.W ciszy, która zapadła między nami, słyszałembrzęczenie ostatnich pszczół wracających do uli i nasze przyspieszone oddechy.Poczułem sięnagle bardzo szczęśliwy.Pojechałaby pani ze mną do Berlina, Mario? - spytałem.A może panzostałby tutaj - odpowiedziała szeptem.Mario, rozległo się wołanie mojej gospodyni, Mario!Zerwała się spłoszona.To mama, muszę iść, powiedziała.Proszę tu być jutro o tej samejporze, spojrzała na mnie prosząco i poszła ku domowi, zostawiając mnie samego w pełnymniedowierzania oszołomieniu.9 lipca 1884 roku.Hans, główny inżynier nadzorujący prace remontowe, okazał siębardzo miłym człowiekiem.Spędziłem z nim dzisiaj blisko dwie godziny, rozmawiając oklasztorze, a także o jego rodzinie.Wyznałem, że sam nie mam nikogo, i opowiedziałem mupokrótce swoją historię.Oczywiście nie wspominając o tym, że mój ojciec był w Kolitz, i niemówiąc ani słowa o planie.Kiedy powiedziałem, że nie mam żony, pomyślałem o Marii inaszej wczorajszej rozmowie i musiałem się uśmiechnąć, bo Hans to zauważył.Widzę, że tosię niedługo zmieni, powiedział, chyba już masz kogoś na myśli, Otto? Pokiwałem głową.72 Czy rzeczywiście mógłbym związać się z córką pastora i poślubić ją, a potem zostać wKolitz i resztę życia poświęcić na rozwiązywanie zagadki klasztoru? I czy istniała jakakolwiekzagadka? A może najpierw mój ojciec, a teraz ja, uwierzyliśmy w fatamorganę, mirażprzeszłości? Może szukałem wskazówek tam, gdzie były tylko cytaty z Biblii? Gdzie miałbymznalezć dziesięć stopni z ostatniego cytatu, którego znaczenia nie rozumiałem?Spojrzałem na plan kościoła, którym posługiwał się Hans.Stopnie powinny być częściąschodów, tak przynajmniej wynikało z kontekstu w Starym Testamencie, a schody zostałyzaznaczone na nim tylko w jednym miejscu: blisko prezbiterium.Wysiliłem pamięć, ale mimoto nie mogłem sobie przypomnieć, bym widział tam jakiekolwiek schody, poza kilkomastopniami przed ołtarzem.Na pewno nie było ich dziesięć i na pewno to nie one zostałyzaznaczone na rysunku Hansa.Jeżeli czegoś nie można dostrzec od razu, pomyślałem, możetrzeba poszukać dokładniej, na przykład pod posadzką albo w załomach murów, albo wewszystkich miejscach, które dotąd umknęły uwagi badacza.Krypta, pomyślałem, dlaczego wtym kościele nie miałoby być krypty?Widzę, że interesują cię moje rysunki, usłyszałem nad sobą głos Hansa.Właściwie niebardzo, wybacz, odparłem spokojnie, tak tylko rzuciłem okiem.Kłamstwo przyszło mi nadspo-dziewanie łatwo.Oddałem mu rulon i poszedłem w kierunku kościoła.Po drodze mój zapałprzygasł, gdy uświadomiłem sobie, że w krypcie nie może być mowy o świetle, a więc i o cie-niu również nie.Nawa była pusta i dziwnie odświętna.Długo nie mogłem dociec, skąd brało się towrażenie.W końcu dotarło do mnie, że wewnątrz nie ma już gruzu, a moje stopy nie czynią jużtakiego hałasu, jakbym stąpał po tłuczonym szkle.Pod nogami miałem oczyszczone kamiennepłyty posadzki.Robotnicy musieli zrobić to wczoraj, gdy byłem w Stettin.Wysprzątanewnętrze wydawało się bardziej monumentalne i majestatyczne.Przeszedłem do prezbiterium izatrzymałem się po prawej stronie, przed stopniami, w miejscu gdzie na planie zaznaczonoschody.Ani na posadzce, ani na ścianie nie było żadnego oznaczenia, wiedziałem jednak, żemuszą gdzieś tam być.Pochyliłem się i przyjrzałem uważnie kamiennym płytom.Jedna z nich miała bardziejstarte brzegi, jakby ktoś często ją odsuwał.Kiedy ją podważyłem, dała się unieść zupełnie ła-two, choć nie należała do lekkich.Pod nią zobaczyłem stopnie.Gdy wsuwałem się w otwór,dobiegł mnie tupot nóg.Odruchowo spojrzałem ku drzwiom.W obramowaniu ostrego światłazobaczyłem potężną męską sylwetkę, której nie udało mi się rozpoznać.Oślepiony zamknąłemoczy, a kiedy je otworzyłem, już jej nie było, choć przysiągłbym, że jej zniknięciu nietowarzyszył żaden dzwięk.73 Schodząc w dół, zacząłem liczyć stopnie, by się uspokoić.Liczby, skończone, klarowne,doskonale jednoznaczne twory.Stopni było dziesięć.Wróciłem na górę i policzyłem jeszczeraz.Dziesięć, ani mniej, ani więcej.Zdumiony usiadłem na samym dole i próbowałem zebraćmyśli.Wokół mnie panowały absolutne ciemności.Jeśli chciałem się dowiedzieć, co było wdalszej części korytarza, powinienem zaopatrzyć się w świecę lub lampę.Po głowieuporczywie tłukło mi się jedno pytanie: jaki cień, skąd cień w tym opuszczonym, pozbawionymświatła miejscu? Spojrzałem do góry.Promienie słońca wpadające przez okna i dziurę wdachu kościoła docierały zaledwie do trzeciego, może czwartego schodka.Poczułem się tak,jakby ktoś zakpił z mojej łatwowierności.Wycofałem się i starannie zasunąłem pokrywąwejście.Na spotkanie z Marią szedłem pełen niepokoju i tajonej radości.Po co kazała miprzyjść? Czy ją kochałem, czy tylko ulegałem jej urokowi, bo była młoda, piękna i w zielenisadu z naczyniem w ręce wydawała mi się bardziej literacką niż rzeczywistą postacią?Wieczór był parny, zbierało się na burzę.Wiatr, który zerwał się nagle, pędził po niebie siwe,ciężkie chmury.Zwiat czekał na deszcz w ciszy, jak się czeka na nieuniknione.A ja stałem przykrzewie obwieszonym czarnymi kiściami porzeczek i czekałem na Marię.Przez głowę przela-tywały mi fantastyczne marzenia.Znałem różne kobiety, ale żadna nie miała w sobie takiejświeżości, w porównaniu z Marią wszystkie wydawały mi się nieprawdziwe i nieszczere [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • elanor-witch.opx.pl
  •