[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wtedy wszyscy niewolnicydostawali po parę garści maniokowej mąki, którą jeść musieli na surowo, popijając wodą.Jeżeliprzechodzili przez uprawne pola, co się zdarzało zresztą bardzo rzadko, do tej skromnej porcjiżołnierze dodawali każdemu po parę surowych kartofli, które tam noszą nazwę patatów.Choć porcjenie były głodowe, nie wszyscy byli zdolni do ich spożywania.Zwłaszcza kobiety, które padały zeznużenia, w minutę po zatrzymaniu się na postoju zapadały w sen lub leżały apatycznie z otwartymioczami, nieczułe już na głód.Taki stan wyczerpania niewolników zwiększał ich śmiertelność, więc bardzo często okazywałosię, że ci, którzy po przyjściu na postój zapadali w sen, w chwili ponownego ruszania karawany wdalszą podróż byli już martwi.Nie upłynął jeszcze t ydzień od chwili opuszczenia przez karawanębrzegów Kuanzy, gdy około dwudziestu niewolników różnej płci i wieku zmarło w drodze ipozostało przy szlaku, na pastwę dzikich zwierząt.Lwy, pantery i lamparty szły nieprzerwanie zakarawaną w oczekiwaniu na świeże ofiary i codziennie po zachodzie słońca ich wycia rozlegały siętak blisko, iż w każdej chwili obawiać można się było napaści.By się uchronić od takiego ataku, co noc dookoła obozu płonęły wielkie stosy porąbanych drzew.Nierzadko koncerty dzikich zwierząt były tak głośne, że całą noc nie sposób było na chwilę zmrużyćoka.W chwilach takich Dick Sand ze strachem myślał o Herkulesie, lękając się o jego los, który wtakich warunkach mógł być straszny, lecz także o innych członków grupy, którym olbrzym ten mógłułatwić ucieczkę.W rękach autora tej powieści znajdowały się, przez czas bardzo krótki zresztą, autentycznenotatki Dicka Sanda, z których zamieszczamy wyjątki, dotyczące pochodu karawany niewolników. Oto co napisał bohater powieści:Od 25 do 27 kwietnia: Przechodziliśmy w pobliżu małej osady murzyńskiej, otoczonejtrzcinowym płotem, przewyższającym wzrost dorosłego człowieka.Dookoła niej widniały polauprawne, na których rosła kukurydza, sorgo i pataty.Nasi żołnierze wdarli się poza palisadę.Mieszkańcy, na szczęście, ukryli się już w pobliskim lesie.Zdołano jednak pochwycić dwóchchłopców, którym, gdy ich do karawany przyprowadzono, natychmiast zatrzaśnięto kajdany na szyi.Nieco opodal znajdowała się druga wioska.Jej mieszkańcy stanęli do walki.Zabito piętnastu.Pomiędzy nimi znalazły się kobiety i dzieci.Wzięto do niewoli jedną kobietę i troje dzieci,pozostali uciekli.Nie byli ścigani, zapewne z braku czasu.Następnego dnia przeprawiliśmy się przez jakąś rzekę po prowizorycznym moście, zbudowanymprzez żołnierzy bardzo sprawnie i szybko, z pni, które łączono lianami, rosnącymi nad brzegamirzeki.Przejście przez most było bardzo niebezpieczne.Jedna z Murzynek w czasie przeprawy dostałazawrotu głowy i pociągnęła za sobą w odmęty drugą kobietę, trzymającą dziecko na ręku.Nie staranosię nawet ich ratować! Po chwili fale zabarwiły się krwią, a z wody wychylił się szkaradny łebkrokodyla.28 maja.Przechodziliśmy przez las drzew niezwykle czerwonych, które nazywają "żelaznymi".Od rana pada deszcz; grunt rozmiękł bardzo, co utrudnia marsz.Widziałem Noon.Dzwigała z trudem paroletnią dziewczynkę.Ledwo powłóczyła nogami.Całe plecy miała oblanekrwią, która jeszcze nie zakrzepła.Były na nich ślady bata.Nocą ryki lwów i ujadania szakali byłytak głośne, że oka nie można było zmrużyć.%7łołnierze zabili w samym obozie panterę, przy tym jednakzastrzelili również dwie kobiety, a parę ciężko poranili.Około północy liczbę płonących stosówpowiększono znacznie.O biedny Herkulesie, jak tam sobie radzisz w tym lesie, jeżeli podążasznaszymi śladami?29 i 30 maja.Dają się już odczuwać pierwsze chłody tak zwanej "zimy afrykańskiej", poradeszczowa kończy się, co nie przeszkadza, że pola wszędzie jeszcze stoją pod wodą.Wieje silnywiatr północno-zachodni, bardzo niezdrowy, sprowadzający febrę.Nie napotkałem nigdzie najmniejszego śladu pani Weldon, Janka i kuzyna Benedykta.Dokądmogli ich wywiezć? Boże, miej litość nad nami!Od l do 6 czerwca.Kroczymy całkowicie zalaną niziną.Nieszczęśliwi, nadzy niewolnicy cierpiąkatusze w tej wodzie i panującym zimnie.Gdy nadeszła pora noclegu, nie można było znalezć nigdziesuchego miejsca.Wszędzie woda, dochodząca chwilami do pasa.Trzeba było iść dalej, bez względuna ciemność i zmęczenie.Co chwila ktoś upada i już się nie podnosi.%7łałować ich? Nie! Należy imraczej zazdrość.Nie cierpią już, są wolni.Z posępnej zadumy rozbudziły mnie głośne krzyki iwołania.%7łołnierze zapalili pochodnie.Okazało się, że to stado krokodyli napadło na tabor.Kilkakobiet stało się ofiarą napadu.Jeden z potworów otarł się swym chropawym cielskiem o moje nogi ipochwycił młodego chłopca idącego za mną, którego z ogromną siłą wydarł z kajdanów i wciągnąłpod wodę [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • elanor-witch.opx.pl
  •