[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nie był to język tybetański czy sanskryt aniżaden z języków, jakie znała, ale coś jej przypominał.Dopieropo chwili zdała sobie sprawę, że Mistrz mówił sanskrytem,tyle że wypowiadał każde słowo wspak.Starała się jezrozumieć, ale nie była w stanie dostatecznie szybko odwracaćsłów w myśli.Astralne formy Mike i Toni-Marie, z początkubardzo wyrazne, zaczęły się rozwiewać, dzielić i zanikać, wmiarę jak głos Meru wznosił się i opadał. Chime, Chime, giniesz mi gdzieś!  zawołał Mike,zanim jego astralna forma zamieniła się w jakieś strzępy, abyw końcu zaniknąć całkowicie. Gdzie jesteś? Duchy, które nawiedziłyście tę świętą dolinę i którewyrzekłyście się mojej władzy  dla większego efektu Merupowtórzył ostatnie słowa po angielsku  rozkazuję wam,idzcie stąd precz i odtąd błąkajcie po krańcach Ziemi! Jasna cholera!  krzyknęła Toni-Marie i równieżzniknęła. ROZDZIAA XIXMeru, Chime, ludzie, pokój, pustelnia, dolina, wszystko toznikło, kiedy Meru zaintonował swoje zaklęcie, a fraza  pokrańcach Ziemi odbiła się od górskich szczytów.Mike przekoziołkował w powietrzu kilka razy, splątany zToni-Marie, zawirował w górę i pomknął naprzód zestraszliwą prędkością jak wystrzelony z armaty.Nie widziałniczego prócz Toni-Marie, której mina odzwierciedlałaprzerażenie i oszołomienie, jakie sam odczuwał. Och, Toni-Marie  jęknął  dlaczego nie powstrzymałaśswojego długiego jęzorka? Zobacz, dokąd to nas zaprowadziło. Wybacz mi  odpowiedziała Toni-Marie  trochę mnieponiosło. Rozejrzała się wokoło. No cóż, chyba nasoboje gdzieś zaniosło.Gdzie my, do diabła, jesteśmy? Nie mam pojęcia.Ale Meru powiedział, że mamy siębłąkać po krańcach Ziemi.Wygląda na to, że właśnie tamtrafiliśmy. Nie widzę tu żadnego krańca  powiedziała Toni-Marie. Dokąd chciałbyś się udać? Do domu, rzecz jasna.Do Kalapy.Do Szambali. Nie masz ochoty trochę pozwiedzać świata?  Po prostu wracajmy do domu  odpowiedziałniecierpliwie Mike. Podobno masz doświadczenie wprzemieszczaniu się z miejsca na miejsce.Pomóż mi. Wybacz, ale zgubiłam gdzieś moje czerwone pantofelki,a zresztą i tak nie mam pięt, żeby strzelić obcasami.Wciąż rozglądała się wokół siebie, ale nie zobaczyłaniczego.Gdyby miała ciało, na pewno by pobladła.Mike uznał, że przejęcie dowodzenia przez siebie nie jestchyba najlepszym pomysłem i postanowił zmienić taktykę. Toni-Marie  powiedział przymilnym tonem  czy jaci mówiłem o tych niemowlętach w Szambali? Chyba coś wspominałeś? I nie ma tam żadnych duchów  dodał. Nikt nierywalizuje o szansę odrodzenia się w tych milutkichdzieciakach. Naprawdę? A więc lećmy do cioci wiedzmy.Lećmy docioci wiedzmy. Przestań żartować i miotać się jak fryga.Skup się.Wtakim zamieszaniu trudno sobą pokierować. Ojej, Mike, chcę ci tylko pokazać, jak to się robi.Nigdynie byłam w Szambali, znam tylko to słowo, więc trudno mi oniej pomyśleć.Mogę się tam przenieść tylko wtedy, gdydokonam jej wizualizacji. Okay.Pomyśl o górze z podwójnym szczytem, jak rogikrowy, o cudownym jeziorze, o wielu ludziach. Myślę, myślę.Mike skupił się i wywołał w wyobrazni obraz Kalapy.Zobaczył dolinę jakby przez zamarzniętą szybę, na którą ktośnachuchał.Najpierw ujrzał rogaty szczyt Karakala i iglicęczortenu wybudowanego przez Thibideaux na zboczuwzgórza.Potem pomyślał o samym obozie, o każdymbudynku z osobna, o jeziorze, rododendronach, o domu jego siostry, oksiężycu nad Karakalem. Ojej, widzę górę!  krzyknęła Toni-Marie.Lądujemy?Mike runął w dół, ku obozowi, lecz po chwili coś nimgwałtownie wstrząsnęło, zawirowało i wyrzuciło z powrotemw górę, ponad szczyt Karakalu.Toni-Marie wirowała obokniego. A niech to! Coś nas odrzuciło. Może bariera ochronna reaguje na nas tak, jakbyśmybyli żywi.Zobaczył barierę, z rzadka rozsiane błyszczące paciorki olekko zielonym zabarwieniu.Za nią był jego dom, jadalnia,pokoje rodziców, Isme.Pomyślał z tęsknotą o swoim starymłóżku, o śpiących w pobliżu rodzicach.Byli tacy bliscy, tacyjego, że wydawało się niepodobieństwem, by nie mógł ichdotknąć. Ojcze, mamo  powiedział. Próbujemy wrócić, alenie możemy.Pomóżcie nam, proszę. I co, według ciebie, mają zrobić?  zapytała Toni-Marie. Wspiąć się po drabinie? Wysłać do ciebie wielkiegopsa z butelką burbona?%7łachnął się i zawirował niecierpliwie. Co mają zrobić? Mają coś zrobić, jeśli mnie wyczuwają,jeśli mnie słyszą.Chime Cincinnati słyszała ciebie i inneduchy.Moja matka słyszała duchy mnichów ze staregoklasztoru, a mój ojciec jest bardzo mądrym człowiekiem.Niewiedzą, gdzie jesteśmy.Nie wiedzą, że umarłem i że Chimepotrzebuje pomocy.Nie wiedzą, że nie możemy wrócić. I myślisz, że może coś dać wysyłanie psychicznychsygnałów przez to energetyczne pole?  zapytała Toni-Mariesceptycznym tonem. Mike spojrzał na nią wyzywająco. Myślę, że nie dowiem się tego, jeśli nie spróbuję.Mamo,tato, to ja, Mike.Zabili mnie, ale Chime wciąż żyje.Potrzebujemy pomocy.Przyślijcie po nas kogoś, przełamcie tębarierę, zaprowadzcie nas do domu.Mamo, tato, pomóżcienam.Powtarzał to wiele razy, łkając, aż Toni-Marie poklepała gopo ramieniu i powiedziała: Posłuchaj, stary, jeśli dotąd nie usłyszeli, to już nieusłyszą.Spróbujmy innego sposobu.Spróbujmy tej drogi, jakąsię stąd wydostaliście, ty i Chime.Kiwnął głową i zaczął się skupiać na tym miejscu, naniebieskim jeziorze.Znalezli się tam natychmiast, tuż nadwirem.Mike przez chwilę pomyślał, że to działa, że wystarczytylko zanurkować.Już mieli skoczyć w nurt, gdy między nimii dziurą wyłonił się wodny potwór [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • elanor-witch.opx.pl
  •