[ Pobierz całość w formacie PDF ]
. Czego szukasz?  zapytał Moryc Karola wchodząc za nim do pu-stej sali. Niczego, patrzę tylko  odparł melancholijnie. Czy to przyjęcie dla robotników nie mogłoby się odbyć skrom-niej? To znaczy, nie dać im nic, bo i tak jest dosyć skromne. A kosztuje czterysta rubli, już mi podali rachunki. Odbijemy to jakoś na nich.Nie sprzeczaj się chociaż dzisiaj.Patrz, to jednak nasze dawne marzenia nie stało się  szepnął wskazu-jąc fabrykę. Ale czy długo trwać będzie?  odpowiedział Moryc uśmiechającsię jakoś dziwnie. Ręczę ci, że dopóki ja żyję, trwać będzie  zawołał z mocą. Mówisz jak poeta, a nie jak fabrykant.Kto może zaręczyć, że zatydzień nie będzie to tylko kupa gruzów! Kto wie, czy za rok sam niebędziesz chciał się jej pozbyć.Fabryka taki dobry towar jak i perkal ilak samo się sprzedaje, jeśli na niej dobrze zarobić można.NASK IFP UG Ze zbiorów  Wirtualnej Biblioteki Literatury Polskiej Instytutu Filologii Polskiej UG212 Mógłbyś odświeżyć swoje teorie, bo mi już bardzo spowszednia-ły  odpowiedział mu Karol i poszli razem do domu, gdzie już kilkana-ście osób, zebranych na uroczystość, siedziało na werendzie.Jakoż wkrótce ukazał się ksiądz Szymon w komży i wszyscy ruszy-li za nim.Chwila była bardzo uroczysta, tłumy robotników, z odkrytymi gło-wami, świątecznie ubranych, zapełniały dziedziniec i sale fabryczne.Ksiądz szedł z oddziału do oddziału, odmawiał modlitwy i pokra-piał mury, maszyny i ludzi wodą świeconą.W przędzalni,.gdzie przy każdej maszynie stali ludzie i wszystkietransmisje, koła i pasy były napięte siłą, po poświęceniu Borowieckidał znak i wszystkie maszyny ruszyły zgodnym rytmem, a po kilkusetobrotach stanęły, bo robotnicy poszli na śniadanie do magazynu.Fabryka była puszczona w ruch.Całe towarzystwo powróciło dodomu i zasiadło do śniadania.Pierwszy toast za pomyślność i rozwójfabryki wniósł Knoll, który w długiej mowie bardzo życzliwie wspo-minał prace Borowieckiego w firmie Bucholc i S-ka; drugi toast za tosamo, z dodatkiem zdrowia dla dzielnych spólników i przyjaciół, pod-niósł Grosglik i w końcu ucałował Karola, a jeszcze serdeczniej Mory-ca.A gdy Zajączkowski wniósł toast  Kochajmy się , przyjęty dosyćchłodno, powstał Karczmarek, który z początku siedział cicho, onie-śmielony obecnością milionerów i tym niezwyczajnym dla siebie ze-braniem, ale teraz, po tylu toastach uczciwie spełnionych, nabrał ani-muszu i swady  nalał pełną szklankę koniaku, trącił się z Myszkow-skim i Polakami i mocnym, ale ochrypniętym głosem zawołał: Rzeknę swoje! %7łeby się ludzie kochały, w to nie uwierzę  bowszyscy bierzemy z jednej miski, a każden chce dla siebie najwięcej.Pies z wilkiem się kochają, ale ino wtedy, kiedy do spółki.cielaka spo-rządzają abo i barana.Jak komu potrza abo i na rękę, to niech se tawszystkich kocha, ale nam nie potrza, żebyśmy się kochali, ino żeby-śmy się nie dali.Czy rozumem.czy kalkulacją.czy pięścią na tenPrzykład, a nie dajmy się.Moc mamy i rozum tyż.to chciałem rzec itym przepijam do pana Borowieckiego!.Przepił i chciał mówić dalej, ale zagłuszyły go brawa, bite umyśl-nie, bo Niemcy i %7łydzi poczęli się krzywić, więc przestał i pił dalej zMyszkowskim.Potem już szły toasty bez końca i gwar się podniósł ogromny, bowszyscy naraz mówić zaczęli.NASK IFP UG Ze zbiorów  Wirtualnej Biblioteki Literatury Polskiej Instytutu Filologii Polskiej UG213Karol tylko był milczący i co chwila wychodził do robotnikówucztujących w magazynie, bo tam gospodarzyła Anka, otoczona rojemcałujących ją po rękach robotników, a że i tam wznoszono zdrowie Ka-rola, więc musiał przyjść i wypić z nimi i podziękować, ale wychodzączabrał ze sobą Ankę, tak był nadzwyczajnie wesół i zadowolony, żewziął ją za rękę i wskazując fabrykę zawołał radośnie: To moja fabryka! Mam ją i nie wypuszczę. I mnie to raduje niewymownie  odpowiedziała cicho. Nie tyle jednak co mnie, nie tyle  mówił z wyrzutem. Jakże, pańskie szczęście jest moim szczęściem powiedziała i odeszła, bo Nina Trawińska wołała ją do altany wogrodzie. Gniewa się jeszcze, muszę się nią trochę zająć na nowo  myślałwchodząc na werendę, gdzie wystawiono stoły z jadalni, bo tam byłozbyt ciasno i duszno.Gospodarzył bardzo uroczyście Moryc i zajmował się wszystkim,odchodząc co chwilę z Grosglikiem na jakieś tajemnicze szepty.Maks Baum tylko nie brał prawie udziału w ogólnej wesołości, sie-dział przy swoim ojcu, który zaproszenie przyjął i przyszedł, ale stra-szył wszystkich swoją ponurą, wyschniętą twarzą, jakby pokrytą ple-śnią grobu, nie rozmawiał z nikim, czasem pił, przyglądał się zebra-nym, a zapytany odpowiadał zupełnie przytomnie i patrzył na nowe,czerwone kominy fabryki [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • elanor-witch.opx.pl
  •