[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Oboje jednak wiedzieliśmy, że prędzej czy pózniej dopadną naskłopoty.194RS Rozdział 11Każdy ma nieczyste sumienieAleż to przystojniak! - zauważyła Sandi, gdy J.D.wyszedł, a japowoli wracałam do przytomności.- Mam nadzieję, że się nie gniewasz?- Nie - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.- Czy jest żonaty?- Tak.Jego żona jest stuknięta.- Mają dzieci? -Nie.- A czy on wie, że ty masz? Widocznie Sandi domyśliła się jużprawdy.- Nie.I tak ma na razie pozostać, dobrze?- Jasne!- Moja ty niezastąpiona, szczególnie teraz, podporo życiowa! Jeżelita wiadomość wydostanie się poza to biuro, rozstaniemy się na zawsze.Sandi zdjęła okulary i zaczęła je czyścić.Popatrzyła na mnie iodpowiedziała:- Przecież ja nic nie wiem na temat twojego życia osobistego.- Zwietnie.Jest już piąta trzydzieści.Lecę na kolację z ojcem.Idz jużi ciesz się wolnym popołudniem.- Dobrze.Dzięki.- Sandi?- Słucham?195RS - Dziękuję za wszystko, za pięknie urządzone biuro, makijaż i lunch,a przede wszystkim za dyskrecję.- Chciałabym, abyś wiedziała, że to dla mnie wiele znaczy.Mieszkam z bratem, chociaż on żyje tak, że aż brak mi słów.Urządzaniebiura to była świetna zabawa.Każdy przecież lubi wydawać pieniądze,prawda? Zwłaszcza cudze.A makijaż potraktuj jako akcję ratunkową.- Wystarczy tych wynurzeń! Jesteś szczera do bólu!- Ha! Mam cię! Lunch to tylko jeden telefon, a dyskrecja, no cóż, niewiem, o czym mówisz.Pomachałam jej na pożegnanie i wyszłam.Upał zelżał, nad miastemzbierały się chmury burzowe.Normalka.Za chwilę lunie, a niebo upiększąbłyskawice.Zupełnie mnie to nie obchodziło.Zaparkowałam przed restauracją.Gdy skręcałam w King Street, wtylnym lusterku zauważyłam, że po drugiej stronie ulicy zatrzymało sięjakieś auto, a jego kierowca zaczął mi się przyglądać.Co, u licha? Czyżbyktoś mnie śledził? Może to długie ręce Vinny'ego i teraz ktoś filmuje mnietelefonem komórkowym? Ależ głupota! Czego chciałby się dowiedzieć?Nakazałam sobie spokój i doszłam do wniosku, że coś mi sięprzywidziało.Gdy wchodziłam do restauracji, na ziemię spadały pierwsze kropledeszczu.Sela stała za barem.- Cześć! - wykrzyknęła na mój widok.- Nie odzywałaś się przez całydzień.Co słychać?Usadowiłam się na wysokim stołku i niezdarnie uściskałam ją przezkontuar.196RS - Umówiłam się tu z tatą o szóstej.A teraz napijmy się winka lubcoli.- Mówisz to tak spokojnie, jakbyście się tak od lat spotykali popołudniu.Jednak do niego zadzwoniłaś.Może być białe wino? %7łyczy panisobie słomkę?- Pewnie! - roześmiałam się, akceptując propozycję.-Białe raz! Bylebyło mocne.Och, Sela, co za dzień.Czuję się tak, jakby minął cały rok.- Spodziewam się, zacznij więc od początku.Jak przebiegłarozmowa z tatą? - zapytała i postawiła przede mną kieliszek wypełnionynieznanym mi chardonnayem.- Nie chcesz mnie chyba zmuszać, żebym toz ciebie wydarła?- Wiesz co? Zaszło wiele nieporozumień, ale daliśmy radę.Ojciecjest kochany.Na zdrowie!- Na zdrowie! A nie mówiłam?- Mówiłaś i jak zawsze miałaś rację.Musimy jeszcze wiele sobiewyjaśnić i na pewno nie uda nam się to podczas jednej kolacji.- Też tak przypuszczam.A jak znajdujesz nowe biuro? Nie mogę sięjuż doczekać, aby je obejrzeć.- Spodobało się J.D.Przynajmniej tak mi się wydaje.- Chyba muszę się napić.- Sela wyglądała na zaskoczoną.- Przecież mówiłam ci, że dzień był pełen wrażeń.- Interesują mnie szczegóły - odpowiedziała, nalewając sobieszklaneczkę osiemnastoletniej whisky.- Jeżeli nie masz nic przeciw temu,będę ją sobie wolniutko popijać.197RS - Naturalnie.J.D.zadzwonił, ja oddzwoniłam, przyszedł na lunch iskupiliśmy się na planach architektonicznych.- Do diaska, Betts! Nie zgrywaj bohaterki.Opowiadaj wszystko pokolei.Jak było: ekscytująco czy strasznie?- A jak myślisz?- Wyobrażam sobie, że zapowiada się lato, jakiego Charlestonjeszcze nie widział.- Stanie się cud, jeżeli nie pójdę z nim do łóżka.- O kurczę! Podrywał cię? - Sela patrzyła na mnie oczami pełnymitak szczerej troski, że wybuchnęłam śmiechem.- Ależ skąd! Z przyjemnością melduję, że zachowywał się, jakprzystało na dżentelmena.- Och, co za nietakt.- A mnie nie jest przykro.Już samo to, że musieliśmy przebywaćrazem w jednym pomieszczeniu, było nie do zniesienia.Przecież wiesz, żenie widzieliśmy się szmat czasu.- Doprawdy? - odpowiedziała Sela z przekąsem.-I co powiesz?- Powiem, że.- Nie dokończyłam, gdyż poczułam czyjąś dłoń naramieniu.Za moimi plecami stał, strząsając parasol, uśmiechnięty szerokotata.Zeskoczyłam na podłogę i zarzuciłam mu ręce na szyję.Uścisnąłmnie tak mocno, że aż straciłam oddech.W tej chwili wszystkie kłamstwai samotnie przeżyte lata przestały mieć znaczenie.Damy sobie z tymradę.Sela dyskretnie pozostawiła nas samych.Wreszcie przyjrzeliśmy sięsobie nawzajem.198RS - Zwietnie wyglądasz, tato.Super.Nie wierzę własnym oczom, że cięwidzę.Jak się czujesz?- Obawiam się, że jak stary głupiec.Za to ty wyglądasz cudownie!Stałaś się kobietą w każdym calu.- mówiąc to, sięgnął dłonią pochusteczkę, by wytrzeć łzy.Zapomniałam już, że używa staroświeckich,płóciennych chusteczek.-Obiecywałem sobie, że się nie wzruszę.- To nic, to nic.Ja beczałam całą noc.Tak się cieszę, że cię widzę! -Na szczęście wróciła Sela i zaprosiła nas do stolika:- Bardzo proszę, panie Vaughn.Mam dla was specjalne miejsce.Przeszliśmy za nią przez całą salę i kuchnię, a potem schodkami wdół aż do pomieszczenia, które służyło za magazyn win.Selaprzygotowała nam tutaj stolik dla dwóch osób, przyniosła kwiaty wbutelce po coca-coli, ustawiła świece i rozłożyła papierowe serwetyzamiast obrusa.- No cóż, nie jest może to szczyt elegancji.- Sela! Jest wspaniale!- Czy stary mężczyzna może podziękować uroczej gospodyni? -zapytał tata i delikatnie uścisnął moją przyjaciółkę.- Dziękuję - odrzekła Sela i znikając w drzwiach, dodała: - Wracamza chwilę.- Trochę tu chłodno - zauważyłam.- Pewnie tak ma być - odparł tata i pomógł mi usiąść.- Dziękuję.Zawsze imponowały mi twoje dobre maniery.-Położyłam serwetkę na kolanach i przyjrzałam się ojcu.Choć się postarzał,199RS ja zmieniłam się jeszcze bardziej.Tak jak powiedział J.D., przecież ostatniraz widzieliśmy się, kiedy byliśmy niemal dziećmi.- Zawsze się starałem - odpowiedział z uśmiechem.-Dobre manierynadal są w cenie.Przynajmniej dla mnie.Od czego zaczniemy, moja pani?- Zacznę od tego, że powiem, jak bardzo cię przepraszam.- Ujęłamdłoń ojca w swoją.- Mam nadzieję, że zdołasz mi wybaczyć.- Nie, moje dziecko.To mnie należałoby potępić.Przez te wszystkielata nie szukałem cię dostatecznie uparcie.To karygodne i.W tej chwili otworzyły się drzwi i wszedł kelner z butelką szampanaw kubełku wypełnionym lodem.Od razu, niemal bezszelestnie otworzyłbutelkę i napełnił kieliszki [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • elanor-witch.opx.pl
  •