[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nagle rzucił we mnie teczką.Straciłemrównowagę i runąłem w śnieg.Karasek rzucił się na-przód, w las.Gdzieś w śniegu został mój pistolet.Niemogłem go szukać, musiałem biec za nim.Znieg w lesiebył głęboki.Biegliśmy obaj jak niezdarne kukły.Wiedziałem, że pędzi na oślep.Wiedziałem, że gdzieśtu, niedaleko, musi płynąć przez las potok, który gozatrzyma.Wtedy go dojdę.Dojdę na pewno.Miałem nad nim tę przewagę, że znałem tu wszystko.Iże wychowałem się w górach.Byłem zmęczony, ale onbył zmęczony bardziej ode mnie.To mi dawało większeszanse.Potoku nie było i nie wiedziałem, gdzie jesteśmy.Widziałem tylko ten straszny, kopny, głęboki śnieg.Nagle Karasek stanął.Wiedziałem, że czeka na mnie.Ale ja nie miałem pistoletu.Rzucił się na mnie.Upadliśmy w śnieg, międzydrzewa.Tak celował, żeby mnie zabić.Tak walczył, żebymnie unicestwić, a potem doprowadzić swój zamiar dokońca.Musiałem bronić życia.Ale mnie Karasekpotrzebny był żywy.Ta różnica dawała jemu przewagę.Czułem, jak krew ścieka mi po twarzy i jak ręcezaczynają odmawiać posłuszeństwa, stając się corazsłabsze i słabsze.Jeśli tylko osłabnę, jeśli osłabnę choćna krótką chwilę  zabije mnie.Był mocnym, potężnym mężczyzną, udało mu sięprzygnieść mnie do ziemi.W ciemności nie widziałemjego twarzy.Słyszałem tylko urywany oddech.Teraz pomyślałem  teraz mnie zabije!Ostatkiem sił udało mi się go strącić na ziemię. Stoczyliśmy się w dół, a w dole był potok.Woda nie zamarzłapod lodem.Wtedy zyskałem przewagę.Zamachnąłem siępięścią.Wydawało mi się, że moje uderzenie będzie silne i żeKarasek runie do wody.Było słabe; wystarczyło jednak, żebyna moment skrył twarz, osłaniając ją rękami.Wtedy runą-łem na niego, wtłamszając go w lodowatą wodę.Pokonałem go, założyłem mu kajdanki.Ale ja też niebyłem w pełni zwycięzcą.Nie wiedziałem, gdzie się znaj-dujemy.Wokół nas stał ciemny, grozny, milczący las.Niewiedziałem, jak daleko stąd do Klikowej albo do schroniska,a na dodatek mróz ścinał mi mokre ubranie warstwą lodu.Na twarzy krzepła krew.Zanurzyłem twarz w wodzie potokui na moment poczułem ulgę.Karasek stał przede mną.Milczał.Albo osłabł podczas walki, albo uznał, że nie mażadnych szans w ucieczce.Kajdanki na rękach przekreślałytakie możliwości.Nabrałem trochę wody na ręce i podałemmu w stulonych dłoniach do ust.On także był zakrwawiony izmęczony.Teraz musieliśmy wyjść stąd, a pod tym względem żaden znas nie był w lepszej sytuacji od drugiego.Spojrzałem na niebo, poszukując wzrokiem księżyca igwiazd.Niebo było jednak zasnute chmurami i lada momentmógł zacząć padać śnieg.Dałem krok naprzód i z trudem stłumiłem głębokiestęknięcie bólu.Tam, na górze, został w śniegu mój pistoletMusiałem go za wszelką cenę odzyskać.A więc  musiałemsię piąć ponownie na szczyt Jaworzyny.Tylko  gdzie byłten szczyt?Ruszyłem naprzód, mając przed sobą Karaska.Nawet sięnie opierał.Czegóż mógł bowiem oczekiwać? Tego, że za-marzniemy tu obaj?Przez pół godziny kluczyliśmy wśród ciemnych świerków inaraz usłyszałem szum potoku.Byliśmy w tym samymmiejscu, z którego wyruszyliśmy poprzednio. Spojrzałem na Karaska.Widziałem, że opanowuje gostrach.Teraz muszę walczyć nie tylko z samym sobą.Muszęwalczyć także z jego strachem, który nam obu możeprzynieść śmierć.Obrzmiałą ręką udało mi się wydostać z kieszeni papierosyi zapałki.Pudełko było przemoknięte, ale jakimś cudemjedna z zapałek zdołała się jeszcze rozżarzyć.Wetknąłemsobie papierosa w opuchnięte i rozcięte podczas walki usta" idałem także Karaskowi.Wszystko to odbywało się w tymprzejmującym milczeniu, w jakim toczyła się walka międzynami.Słowa były tu niepotrzebne.Słowa przyjdą pózniej,jeśli uda się nam w ogóle przeżyć tę noc.Chmury opadły niżej i przyszedł śnieg. Idziemy  powiedziałem, rzucając nie dopalonegopapierosa w śnieg i pokazałem w górę. Idziemy  powtó-rzyłem.Karasek potrząsnął przecząco głową. To już koniec.Nigdy stąd nie wyjdziemy.Ani pan, ani ja.Znajdą nas jutro rano.Zamarzniętych na kość. Mówił ztrudem, usta miał opuchnięte tak jak ja.Pociągnąłem go. Idziemy.Musimy iść.Musimy znalezć drogę. Po co to wszystko? Ja nie idę, a pan beze mnie też sięstąd nie ruszy.Mam rację?Patrzył na mnie.Wiedział, że ma rację.Szarpnąłem go za rękę. Tylko bez takich żartów powiedziałem. Do schroniska niedaleko.Sam sobie dodawałem odwagi, bo gdzie było schronisko nie wiedziałem.Poszliśmy jeszcze kawałek na oślep, a kiedynie było widać końca lasu, Karasek zatrzymał się. Jestem zmęczony.Już nie mogę.Rozumie pan, niemogę!Zatrzymał się, a kiedy popchnąłem go w plecy, żeby ruszał,pociągnął mnie za sobą w śnieg.Podniosłem się pierwszy. Przez chwilę przeszła mi przez głowę myśl, żeby go tuzostawić, a próbować samemu.Daleko stąd nie ujdzie  po-myślałem  a sam mam większe szanse i sprowadzę pomoc.%7łeby spróbować samemu! Popatrzyłem na niego znienawiścią.Leżał wciąż w śniegu.Zatłukłbym go teraz.Tenmocny mężczyzna tylko do czasu był mocny i silny.I tylkofizycznie.Teraz załamał się psychicznie, a ja mam być jegoniańką.Pójdę sam  przekonywałem się.Tak lepiej.Ale wgłębi ducha wiedziałem, że będę ratować także i jego.Tego,za którym brnąłem przez śnieg i przez las w mrozną, górskąnoc.Tego, który przed godziną chciał mnie, zabić.Pomyślałem o tym, jak bardzo skomplikowane bywająnieraz związki między przestępcą, a tym, który go tropi.Musiał wstać i musiał iść.Ciągnąłem go ostatkiem sił podgórę.Przewracałem się i kładłem, choć na moment odpo-czynku, w głębokim śniegu.Nie wiem, ile czasu trwała ta droga.Może godzinę, może dwie, a może rok.Nie widziałem drzew i śniegu, nie czułem bólu i zimna.Szliśmy i szliśmy.Na dworze zaczynało szarzeć, kiedydoczołgaliśmy się na szczyt Jaworzyny.Rękamirozgarniałem śnieg, szukając pistoletu.Byłem chyba jużtylko na wpół świadomy tego, co robię, ale wiedziałem, żemuszę znalezć pistolet.I że ani na chwilę nie mogę spuścićKaraska z oczu.Wiedziałem to i wówczas, gdy pochyliło sięnad nami kilka postaci.Byli to żołnierze WOP, wychodzącyna poranny obchód strefy granicznej.Nie pamiętam, jak odtransportowano nas na dół.Pamiętam tylko tę skórzaną teczkę Karaska, którąwyciągnęli ze śniegu.W komendzie dowiedziałem się potem,że znalezli także mój pistolet.Nikomu nie mówiłem o tej jednej nocy wśród gór.Napisałem krótki raport na dwie stroniczki, gdzie więcejczasu zajęło mi tłumaczenie się ze zgubienia pistoletu niż wyjaśnienie przebiegu wydarzeń.Potem sprawa w Kamieniu przybrała inny obrót.Zmierć samemu sobiePrzesłuchiwałem Lucjana Karaska jako pierwszy, zanimjeszcze dobrali się do niego moi koledzy z gospodarczego.Wjego teczce znaleziono korony czeskie i dolary w sumiewystarczającej co najmniej na kilka tygodni życia.Sprawa była w zasadzie prosta.Karasek mówił o tym bezogródek.Widocznie doszedł do wniosku, że w sytuacji, wjakiej się znalazł, jedyne, co może jeszcze w jakiś sposóbzagrać na jego korzyść, to skrucha i szczere przyznanie siędo,wszystkich przewin.W momencie, gdy podejmowałdecyzję ucieczki z kraju,- śledztwo w Zakładach Skórzanych Jedność było już w zasadzie na ukończeniu.Karasekwiedział, że dla niego zakończyć się ono musi nakazemaresztowania.Zbyt duży był jego udział w przestępczychmachinacjach, zbyt szerokie powiązania z prywatnymirzemieślnikami, którym dostarczano  na lewo skórę [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • elanor-witch.opx.pl
  •