[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zwłaszcza w tymarcyciekawym momencie, kiedy szeryf był o włos od wpakowania całego magazynku w dwóchgości upierających się, żeby urządzić w saloonie nieziemską awanturę.Daniel przez trzydzieści godzin nie wyściubił nosa ze skromnego pokoiku.Spędził je wskotłowanej pościeli.Od czasu do czasu przenikało go lodowate zimno, a potem pocił się jak naśrodku pustyni.Kilka razy dochodził do siebie na tyle, by wstać z łóżka, dowlec się do łazienki inapić się trochę wody z kranu.Nic innego nie brał do ust.Następnego dnia po południu rozległosię pukanie do drzwi.Najpierw dyskretne.Potem coraz bardziej zdecydowane.Daniel z wielkimwysiłkiem wydusił z siebie słabiutkie  proszę.W drzwiach ukazała się kobieca postać z wielcezatroskaną miną.Nie wiedział, z kim ma do czynienia, czy to właścicielka hoteliku, czy zwykła pokojówka, a może anioł w fartuszku zesłany mu przez same niebiosa.W każdym razie,kimkolwiek była ta miłosierna istota zaalarmowana przedłużającą się ciszą w pokoju gościa,zmieniła mu pościel, przyniosła dwie tabletki aspiryny, szklankę ciepłego mleka, a potem, kiedyDaniel poczuł się troszkę lepiej, jajecznicę i świeże pieczywo, posiłek, który smakował mu jakambrozja.Tamtej nocy spał w miarę spokojnie, nie miał dreszczy ani nie nękały go złe sny.Następnego dnia, kiedy dochodziło południe, zdołał wreszcie na tyle zebrać siły, by wstać z łóżkai bardzo powoli, ostrożnie, wziąć prysznic, ogolić się, ubrać i wyjść na ulicę.W wyniku gorączki,dreszczy i niezamierzonego postu stracił kilka kilogramów, ale też przeszedł mu cały niesmakzwiązany z przepychanką w Barze Americano.Kiedy wyszedł na miasto, od pierwszej chwili przywitał go przyjazny blask słońca.Niemógł oderwać wzroku od secesyjnych elewacji, od kapryśnych balkonowych balustrad z kutegożelaza, roziskrzonych do białości punktów widokowych powtykanych między budynki i ulicpełnych ludzi; nie mógł oprzeć się niesamowitemu światłu i odurzającemu zapachowi morza.Aleprędko uprzytomnił sobie, że nie powinien tracić z oczu celu swojej wyprawy  apteki.Wiedział,że najpewniej zmogła go grypa i że choć nie potrzebuje już lekarza, czuje się ciągle bardzoosłabiony.Bał się, że nie zdążył się całkiem wykurować.Z tego względu postanowił się nieprzemęczać i przede wszystkim kupić leki, które w wypadku nawrotu gorączki pozwolą mu zbićtemperaturę i nie spędzić w łóżku kolejnej doby.Apteka, której właścicielem był magister Carranza, właśnie zamykała swe podwoje.Zachwilę zaczynała się długa popołudniowa przerwa.Właściciel wyszedł dobrą chwilę wcześniej,zamierzał zajrzeć do kasyna, przejrzeć prasę i napić się czegoś, a potem, zgodnie ze zwyczajem,niespiesznie udać się do domu na obiad.Kiedy Daniel pchnął drzwi, czterdziestoletni, bladyfarmaceuta zdejmował właśnie fartuch, oblizując się już na myśl o paelli z królikiem, obiecanejmu rano przez matkę.Bezskutecznie próbował nakłonić Daniela, żeby wrócił pózniej, jeśli to niekłopot, właśnie zamykamy& Daniel był nieugięty.Postanowił, że opuści to miejsce tylko zcałym arsenałem medykamentów.Sprzeczkę, która się między nimi wywiązała rozsądziłniespodziewanie kobiecy głos, który rozległ się z zaplecza. Niech pan już idzie, panie Gregorio.Proszę się nie martwić, obsłużę ostatniego klienta izamknę.Farmaceuta, wbrew sugestiom swojego żołądka, nie od razu przystał na tę propozycję.Myśl o tym, że opuści aptekę, pozostawiając w środku nieobsłużonego cudzoziemca, nienapawała go zbytnim entuzjazmem.Wahał się jeszcze chwilę.W końcu jednak łakomstwo wzięłogórę, więc niejaki Gregorio, otaksowawszy od stóp do głów klienta, jakby chciał oszacować jegokategorię przyzwoitości, pożegnał się głosem z zaplecza pospiesznym  To na razie.Dozobaczenia po południu.W aptece unosił się przyjazny zapach, Daniel pomyślał, że pachnie tu tymi wszystkimlekarstwami, których tak bardzo potrzebował.Miejsce emanowało spokojem i dawało poczuciebezpieczeństwa.Naprzeciwko wejścia  marmurowy kontuar.Na nim zabytkowa kasa.Z tyłu łukprowadzący na zaplecze.Podłoga z terakoty  biało-czarne płytki ułożone w szachownicę.Czekając, aż zostanie obsłużony, Daniel wodził wzrokiem po rozmaitych flakonikachwypełniających przeszklone witryny, starając się odcyfrować łacińskie napisy na etykietkach.Gdy znów rozległ się głos, który dochodził wcześniej z zaplecza, jego bliskość sprawiła,że Daniel aż się wzdrygnął. Przepraszam, że trwało to tak długo, rozpakowywałam zamówienie&Szybko odwrócił wzrok od łacińskich napisów i spojrzał w jego stronę.W odległościzaledwie trzech metrów od siebie zobaczył kobietę.Jej policzki były zaróżowione, zapewne pod wpływem wysiłku.Wprawnymi ruchami starała się uporządkować burzę jasnych włosów [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • elanor-witch.opx.pl
  •