[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.nie przypuszczał, że zostanie on usunięty z planszy.Wierzył, żenocne odwiedziny Kullervo są obiecaną przez Kitaro bezpieczną wizytą.Tak jednak nie było iBractwo trzyma teraz klucz do zagadki merów, a jedyną ceną, która może zwrócić im Reede a, jestodpowiedz na owe niemożliwe pytanie.Bogowie, jak mogło wszystko pójść tak zle? Czy zamaskowane postacie, które przyprowadziłyReede a do jego drzwi, nie wykonały po prostu wszystkich rozkazów Kitaro, bozabrakło jej, żeby wszystkiego dopilnować? Czy też była to akcja nieprzyjaciela, niespodziewanyruch jakiegoś nieznanego gracza, rzucającego kluczowy pionek w ręce Chaosu?- BZ? - powtórzyła Moon.- Nie  mruknął z roztargnieniem.- Nie wiem.- Reede powiedział, że Sparks kryje coś i przed nami.Powiedział:  Zapytajcie go o mery.Nie możemy go teraz zapytać, ale powinniśmy przejrzeć dane.Spojrzał na nią, pojął, że jej myśli podążają tym samym szlakiem co jego, ale nie natykająsię na ślepą uliczkę.Mimo to znowu pokręcił głową.- Sparks nie ma wykształcenia technicznego; nie mógł odkryć niczego naprawdę przydatnego.- Sparks jest bardzo inteligentny  odparła Moon, patrząc na niego stanowczo.- Nabadaniach merów spędził połowę życia.To jemu zawdzięczamy większość danych o ich mowie.Nie lekceważ go.Mimo wszystko jest w jednej czwartej Kharemoughi.BZ wykrzywił usta.Opuścił wzrok.- No to zgoda.- Chodz ze mną do pałacu.Wszystko trzyma tam, w Kolegium Sybilli.Kiwnął głową.Wracali przez miasto, aż dotarli do pałacu.Moon zaprowadziła Gundhalinudo komnat będących zarówno prywatnymi pokojami Sparksa, jak i jego gabinetem.BZ obejrzałtymczasowe miejsce do spania w kącie wielkiej sali, wypełnionej niemal całkowicie książkami iurządzeniami elektronicznymi.Ubrania i rzeczy osobiste piętrzyły się przypadkowo wdrewnianych skrzyniach lub mieszały na półkach z materiałami badawczymi Sparksa.Gundhalinupoczuł nagłe współczucie dla człowieka, którego prywatne życie już przedtem naruszył takgłęboko.- Od czego zaczniemy?Moon zawahała się, rozejrzała podobnie jak on, jakby nigdy przedtem nie widziała tegopokoju lub nie rozpoznawała, czym stał się teraz.- Może powinieneś zacząć od przeszukania jego zbiorów z danymi.Ja.ja przejrzę rzeczy.-Przyciskając ręce do boków, przeniosła znowu wzrok z Gundhalinu na komnatę.Kiwnął głową, rozumiał zarówno jej uznanie dla jego umiejętności, jak i potrzebę przyznanianieobecnemu mężowi prawa do tego, by osobiste rzeczy Sparksa nie były przetrząsaneprzez rywala, który zajął jego miejsce.Usiadł przy komputerze, wywołał go, zażądał przeglądu zawartości, zbiór po zbiorze.Odczasu do czasu polecał przenieść coś do swych prywatnych danych, by przejrzeć pózniej bardziejszczegółowo, ale nie znalazł niczego, co by go zdziwiło.Moon poruszała się obok spokojnie,przeszukiwała stosy wydruków z nabazgranymi notatkami, przerzucała książki, zapisy i taśmy,rozdzielała je i uporządkowywała.Obserwował ją cząstką uwagi, nigdy o niej nie zapominał, choćjednocześnie wpatrywał się w przepływające przed oczyma dane.Dokonywała poszukiwań wobsesyjnym skupieniu, powstrzymywała wszelkie uczucia.Mimo to zauważał jej wahania, gdynatykała się na rzeczy wywołujące ból.Starał się, by szczególnie w tych chwilach na nią niepatrzeć.W końcu pojawiły się przed nim ostatnie ze zbiorów ogólnych, podsumowujących.Wyprostował się w fotelu, gdy sztuczny głos komputera poinformował go bez emocji, że zbiór jest zabezpieczony hasłem.- Cholera  mruknął.- Tak? - Moon spojrzała na niego z drugiego końca pokoju.- Znalazłem zabezpieczony zbiór.- A ja zamkniętą szufladę.- Patrzył, jak podważa ją znalezionym na stole zakrzywionymostrzem noża do patroszenia ryb.Krzyknęła zaskoczona, gdy szuflada skoczyła na nią.Usiadłszyprzy biurku, grzebała w jej zawartości, niewidocznej dla Gundhalinu.Podniosła coś, małą sakiewkęręcznej roboty, wyszywaną paciorkami i haftem, rodzaj miejscowej sztuki.Położyła ją na blacie,nie patrzyła na niego, zdała się nawet zapomnieć, że tu jest [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • elanor-witch.opx.pl