[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Jeśli Monk nie kłamał, musiała to być droga na powierzchnię.Tunel biegł stromo w górę.Ruszyłem, ale ugiąłem się pod ciężarem Sophie, nogi miałamjak z ołowiu, drżały mi.Nie byłem w stanie iść dalej, nie bez odpoczynku.Kładąc Sophie naziemi, uklęknąłem obok i odsunąłem z jej twarzy splątane włosy.- Sophie? Słyszysz mnie?Brak odpowiedzi.Sprawdziłem jej puls.Miarowy, jednak nie za szybki.Kiedyspojrzałem w oczy, prawa zrenica była jeszcze bardziej rozszerzona.To się nie zmieniło,kiedy poświeciłem na nią latarką.Usiłowałem dzwigać Sophie, jednak brakowało mi już sił.Zrobiłem kilka chwiejnychkroków, ale o mało nie upadłem.Położyłem ją z powrotem na ziemi.To beznadziejne.Pochyliłem głowę, prawie szlochając.Nie miałem pojęcia, ile jeszcze mam do przejścia, alenie dawałem już rady.Istniała tylko jedna rzecz, którą mogłem zrobić, aby Sophie miała jakąśszansę przeżycia. Musiałem ją tutaj zostawić.Nie trać czasu.Zrób to.Zdjąłem kurtkę, delikatnie ułożyłem rękawy pod głową Sophie, aresztę udrapowałem wokół jej ciała.Od razu pokąsało mnie zimno, ale nie dbałem o to.Spojrzałem na Sophie, czując, jak moje zdecydowanie słabnie.Boże, nie mogę tego zrobić.Jednak nie miałem wyboru.- Wrócę tu, obiecuję - powiedziałem, głos drżał mi z zimna.Pochyliłem się i jąpocałowałem.A potem odwróciłem się i pozostawiłem w ciemnościach.Tunel zaczął piąć się w górę coraz bardziej stromo.Wkrótce musiałem pomagać sobierękami, aby wspinać się wyżej.Zciany i sklepienie coraz bardziej się zbliżały, tworząc wkońcu wąskie przejście.Zwiatło latarki ukazywało tylko czarną dziurę otoczoną skałą.Przejście zdawało się nie mieć końca, aż kręciło mi się w głowie z wyczerpania.Zmysłypłatały figle, zaczęło mi się wydawać, że idę w dół, czołgam się w głąb ziemi, a nie kupowierzchni.Potem coś podrapało mnie po twarzy.Szarpnąłem się z okrzykiem, gdy coś chwyciłomnie za włosy.Poświeciłem latarką, zobaczyłem kolczaste gałęzie.Przecież pod ziemią nierosną żadne rośliny, pomyślałem otępiały.Na twarz kapała mi woda, jednak dopiero gdypoczułem na skórze chłodny wiatr, uświadomiłem sobie, że to deszcz.Dotarłem na powierzchnię.Było ciemno.W świetle latarki zobaczyłem, że wyjście z tunelu kryje się w kępiekolcolistu, przyczepionej do skalnego zbocza.Musiałem czołgać się pod kolczastymigałęziami, wyszarpując się, gdy łapały za skórę i ubranie.Poślizgnąłem się i ostatnich kilkametrów zjechałem, lądując nogami w lodowato zimnym potoku.Drżąc z zimna, poświeciłem latarką po okolicy.Mgła się rozwiała, jednak miarowo padałponury deszcz.Byłem na wrzosowisku, u stóp niewielkiego rumowiska.Porastał je kolcolist,całkowicie zasłaniając wylot jaskini, z którego właśnie się wyczołgałem.Na horyzoncie byłojakieś światło, nie miałem pojęcia, czy to świt, czy zmierzch, w ogóle gdzie jestem.Spróbowałem zmusić otępiały umysł do pracy.Którędy? No dalej, zdecyduj!Wiatr przyniósł do mnie jakiś cichy dzwięk.Odchyliłem głowę, starając się wychwycić zjakiego kierunku nadszedł.Ucichł, a przez chwilę miałem wrażenie, że tylko go sobiewyobraziłem.Potem usłyszałem ponownie, tym razem głośniejszy.Turkot śmigłowca.Wspiąłem się na zbocze rumowiska.Zapomniawszy o chłodzie izimnie, machałem latarką nad głową.- Tutaj! Tutaj jestem!Krzyczałem, aż ochrypłem, nie zwracając uwagi na kolcolist smagający mnie, gdy podciągnąłem się na brzegu formacji skalnej.Teraz widziałem reflektory śmigłowca,jaskrawe drobinki koloru, mniej więcej kilometr ode mnie.Przez kilka strasznych sekundsądziłem, że przeleci obok.Potem przechylił się i ruszył prosto na mnie.Kiedy światła urosły,dostrzegłem policyjne oznaczenia na boku pojazdu, a wtedy opuściły mnie siły.Nogiodmówiły mi posłuszeństwa, opadłem ciężko na zimny kamień, pragnąc, żeby zbliżająca sięmaszyna leciała szybciej.Rozdział 28Wydaje mi się, że nieproporcjonalną dużą część życia spędziłem w szpitalach.Zbyt znajomestało się powolne tykanie czasu spędzanego na twardych plastikowych krzesłach.Niepokój ifrustracja.Czekanie.Minione dwadzieścia cztery godziny wydawały się nierealne niczym zły sen, z któregowciąż nie potrafiłem się otrząsnąć.Częściowo stanowiło to efekt hipotermii, niezbytpoważnej, jednak na tyle dużej, żebym wciąż czuł się zmarznięty i nieco otępiały, jakbymoglądał coś, co przytrafiło się komuś innemu.Blade światło na niebie, które dostrzegłem,wyłaniając się z jaskini, okazało się porankiem.Miałem wrażenie, że spędziłem pod ziemiącałe dnie, chociaż od wypadku samochodowego minęło zaledwie kilka godzin.W policyjnym śmigłowcu opatulono mnie kocem, dostałem gorącą czekoladę i herbatę ztermosu pilota.Targały mną niekontrolowane dreszcze, jednak nie pozwoliłem zabrać się doszpitala.Chciałem od razu wracać na dół, po Sophie, lecz nie było o tym mowy.Kiedy zjawiłsię zespół ratowniczy, nastała chwila grozy, bo nie potrafił odnalezć jaskini [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • elanor-witch.opx.pl
  •