[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ojciec i matka zmarli, gdy miałem dziesięć lat, więcprzyjechałem tutaj, \eby zamieszkać u kuzynki matki.Nazywałem ją ciocią Idą.Ona te\umarła& trzy lata temu.- Jim Armstrong pochodzi z Nowego Brunszwiku - powiedziała Rebeka Dew.- Niejest tubylcem z krwi i kości.Jako rodowity mieszkaniec Wyspy nie byłby tak zgorzkniały.My równie\ bywamy dziwaczni, ale jesteśmy ludzmi ucywilizowanymi.- Wcale nie wiem, czy chciałbym w miłym panu Armstrongu odnalezć krewniaka -zachichotał Lewis, biorąc się za cynamonowe ciasteczka cioci Misi.- Niemniej gdy odbitkibędą gotowe, pojadę z nimi na Glencove Road i postaram się czegoś dowiedzieć.Mo\ejestem jakimś dalekim ich kuzynem.Nic nie wiem o rodzinie matki, o ile w ogóle posiadałataką.Zawsze myślałem, \e nie miała nikogo.Ojciec na pewno nie miał.- Jeśli sam zawieziesz zdjęcia, Mały Człowiek będzie rozczarowany, \e nie dostanieprzesyłki pocztowej - powiedziała Ania.- Myślałem o tym.Poślę mu pocztą co innego. W następną sobotę po południu Lewis zajechał przed Szumiące Topole antycznymkabrioletem, do którego była zaprzęgnięta jeszcze bardziej antyczna klacz.- Jadę na Glencove Road, \eby zawiezć małemu Teddy emu zdjęcie panno Shirley.Jeśli widok mojej przykurzonej karocy nie rani pani uczuć, chętnie zabiorę panią z sobą.Myślę, \e \adne koło nam nie odpadnie po drodze.- Gdzie\eś wynalazł tę chabetę, Lewisie? - zagadnęła Rebeka Dew- Proszę się nie śmiać z mojego wspaniałego rumaka, panno Dew.Nale\y miećszacunek dla podeszłego wieku.Pan Bender po\yczył mi klacz i bryczkę pod warunkiem, \ezałatwię coś dla niego na Dawlish Road.Nie mam czasu, \eby iść na piechotę na GlencoveRoad.- Nie masz czasu! - powiedziała Rebeka Dew.- Z pewnością byłabym tam i zpowrotem prędzej ni\ to zwierzę!- Z worem ziemniaków dla pana Bendera na plecach? Panno Dew, jest paninadzwyczajną kobietą!Czerwone policzki Rebeki Dew poczerwieniały jeszcze bardziej.- To niegrzecznie wyśmiewać się ze starszych - rzekła z wyrzutem.I dodałamimochodem: - Zjadłbyś mo\e przed drogą kilka pączków?Skoro wyjechali poza miasto, biała klacz rozwinęła zdumiewającą szybkość.Ania,podskakując w trzęsącej się bryczce, śmiała się do siebie.Co by powiedziała ciotka Jakubinalub pani Gardner, gdyby ją teraz zobaczyły? Mniejsza z tym.Dzień był wymarzony nawycieczkę wśród pól, na których panowała jesień, a Lewis doskonale nadawał się natowarzysza.Ten chłopiec osiągnie swój cel w\yciu.śaden z jej znajomych nie ośmieliłby sięzaprosić ją na przeja\d\kę starą bryczką Bendera, do której była zaprzęgnięta stara klacz.AleLewisowi na pewno nawet nie przyszło do głowy, \e w jego propozycji jest cośniewłaściwego.Jakie znaczenie ma środek lokomocji, jeśli dzięki niemu mo\na dostać się docelu? Spokojne zbocza oddalonych wzgórz są błękitne, drogi równie czerwone jak zawsze, aklony toną w powodzi szkarłatnych liści bez względu na to, jakim powozem się jedzie.Lewisbył filozofem i nie obchodziła go ludzka gadanina.Nie przejął się wcale, gdy koledzy wszkole przezywali go  dziewczynką dlatego, \e prowadził dom u swoich gospodarzy.Niechprzezywają! Nadejdzie dzień, kiedy to on będzie się śmiał.Miał puste kieszenie, ale niegłowę.Teraz zaś popołudnie było a oni jechali, \eby znów zobaczyć Małego Człowieka.Pozaładowaniu ziemniaków u szwagra pana Bendera, powiedzieli mu o celu swojej podró\y.- Czy chcecie powiedzieć, \e macie fotografię małego Teddy ego Armstronga? -wykrzyknął pan Merill. - I to całkiem dobrą - odparł Lewis, odwijając zdjęcie i podając mu je.- Nie sądzę, byzawodowy fotograf zrobił lepszą.Pan Merill głośno uderzył się ręką po udzie.- No, to przechodzi ludzkie pojęcie! Mały Teddy Armstrong nie \yje&- Nie \yje! - krzyknęła Ania z przera\eniem.- Och, panie Merill, nie, niech pan tegonie mówi& Ten mały, słodki chłopczyk.- Przykro mi, panienko, ale to jest fakt.Jego ojciec jest nieprzytomny z rozpaczy, a conajgorsze, nie ma nawet jego zdjęcia.A wy macie, i to dobre.No, no!- To& to wydaje się niemo\liwe - powiedziała Ania z oczami pełnymi łez.Przypomniała sobie małą, drobną figurkę, machającą rączką na po\egnanie.- Przykro mi powiedzieć, \e to jest a\ zbyt prawdziwe.Zmarł niecałe trzy tygodnietemu.Zapalenie płuc.Bardzo cierpiał, ale powiadają, \e był tak dzielny i cierpliwy, jakbytego sobie mógł \yczyć ka\dy z nas.Nie wiem, co będzie z Jakubem Armstrongiem.Mówią,\e oszalał, bo ciągle rozpacza i mamrocze do siebie. Gdybym chocia\ miał zdjęcie mojegoMałego Człowieka - powtarza ciągle.- Szkoda mi go - powiedziała nagle pani Merill.Do tej pory spokojnie stała przy mę\ui nie odzywała się.Była to cherlawa, szara kobieta, ubrana w marną perkalową sukienkę ifartuch.- Dobrze mu się powodzi i zawsze miałam wra\enie, \e patrzy na nas z góry,poniewa\ jesteśmy ubodzy.Ale my mamy naszego chłopca& A bieda jest bez znaczenia, gdyma się coś do kochania.Ania spojrzała na panią Merill z szacunkiem.Ta kobieta nie była piękna, lecz gdy jejgłębokie, szare oczy spotkały się ze wzrokiem Ani, dziewczyna poczuła w niej pokrewnąduszę.Nigdy przedtem ani potem Ania nie widziała pani Merill, ale zawsze wspominała jąjako kobietę, która poznała najcenniejszą tajemnicę \ycia.Nigdy nie jest się biednym, jeślima się coś do kochania.Złocisty dzień stracił dla Ani urok.W tamtym krótkim spotkaniu Mały Człowiekzdobył jej sympatię.W milczeniu jechała z Lewisem Glencove Road, a pózniej drogązarośniętą trawą [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • elanor-witch.opx.pl
  •